piątek, 17 października 2014

Mały wstęp przed rozdziałem.


- Wzywał mnie Pan, dyrektorze? - spytałam wchodząc do gabinetu profesora.
- Tak, tak. Siadaj Clarisse - odpowiedział staruszek uśmiechając się do mnie. - Zapewne wiesz po co Cię do siebie wezwałem, mam rację?
- Domyślam się, że chodzi o moją prośbę dołączenia do Śmierciożerców – odpowiedziałam.
- Mam nadzieję, że rozumiesz, że to bardzo niebezpieczne nie tylko dla ciebie, ale również dla Twoich przyjaciół. Jeśli Volodemort dowie się o Twojej zdradzie wpadnie w szał.
- Wiem panie dyrektorze. Ale to jedyny sposób, aby uwolnić moją mamę. Poza tym informacje jakie mi przekaże mogą się przydać Zakonowi, a nikt nie będzie podejrzewał, że Ślizgonka może wspierać szlamy i mugoli. To się na pewno uda.
- Masz rację to się może udać, ale to nie zmienia faktu, że... boję się o ciebie Clarisse. Jesteś tylko dzieckiem nie możesz brać na siebie takiej odpowiedzialności.
- Jeżeli nie ja, to kto? Będziemy mieli nad nim przewagę.
Dyrektor westchnął.
- To już nasza chyba trzecia rozmowa na ten temat... i za każdym razem jestem coraz bardziej przekonany co do Twojego pomysły... Daj mi jeszcze dwa dni, Clarisse. Wtedy dam Ci odpowiedź.
- Dobrze Panie dyrektorze - powiedziałam udając się do wyjścia.
- I Clarisse...? - zawołał za mną dyrektor.
Odwróciłam się.
- Tak?
- Chyba najwyższy czas, żebyś zaczęła znów byc sobą. - uśmiechnął się czarodziej. - Nawet nauczyciele zaczęli zauważać, że chyba coś jest z Tobą nie tak skoro od tygodnia nie dostałaś szlabanu, ani nie wywinęłaś żadnego numeru. Twoi przyjaciele się o ciebie martwią. A pan Potter to już szczególnie.
- Co ma Pan na myśli? - spytałam czując, że się rumienie.
- Nic, nic. Po prostu zamień wreszcie kogoś w jaszczurkę i uśmiechnij się. Do widzenia.
- Do widzenia – powiedziałam i odeszłam oszołomiona.


***


- Panno Clark, czy może Pani powtórzyć co powiedziałam? - zwróciła się do mnie nauczycielka transmutacji.
Niechętnie podniosłam wzrok na McGonagall i pokręciłam przecząco głową.
Kobieta westchnęła.
- Dlaczego mnie to nie dziwi? - spytała. - Szlaban panno Clark. Dziś o 20 proszę się stawić u pana Filcha.
Nie odpowiedziałam. Nie miałam ochoty.
Margaret szturchnęła mnie w ramię.
- Długo masz zamiar użalać się nad sobą? Rozumiem, że Twój ojciec to dupek. Ale proszę Cię ogarnij się, bo wszyscy zaczynają się zastanawiać co takiego się wydarzyło, że sama Clarisse Clark od tygodnia nikogo nie zwyzywała, nie zamieniła w indyka, ani nie pobiła. Potter nie daje mi spokoju i ciągle o ciebie wypytuje. Póki nie dostaniesz odpowiedzi od Dumbledore'a zacznij jako tako funkcjonować, bo w szkole zaczyna się robić nudno.
- Nie rozumiesz. - wyszeptałam. - Boję się, że dyrektor zgodzi się abym była szpiegiem u Śmierciożerców. Przeraża mnie to. Ale z drugiej strony obawiam się, że mi nie pozwoli. Nie wiem co jest straszniejsze i nie umiem przestać myśleć, że kiedy ja się świetnie bawię moja mama gdzieś cierpi.
Jak pewnie sami zauważyliście opowiedziałam Margaret o wszystkim. Dziewczyna nie była zaskoczona, kiedy dowiedziała się, że przeszłam na "stronę dobra". Sama od dawna miała wątpliwości co do działań Voldemorta. Martwiło ją jedynie to, że po wizycie ojca poszłam do dyrektora prosić o pozwolenie na zostanie szpiegiem. Nie podobał jej się ten pomysł, ale ja cieszyłam się, że chociaż z nią mogą szczerze o wszystkim pogadać. Mimo ocieplenia moich stosunków z Gryfonami nie ufałam im na tyle, aby opowiadać o swoich problemach osobistych. Moja przyjaciółka była innego zdania.
- Powinnaś im powiedzieć. Oni też się o ciebie martwią. - mówiła, kiedy szłyśmy do Wielkiej Sali na obiad.
- Zrozum, że oni mają swoje problemy. Nie potrzebne im jeszcze moje.
- Ale oni....
- Margaret, przestań. - poprosiłam. - Na razie powinno Ci wystarczyć, że dostałam pierwszy szlaban od tygodnia. Uznajmy to za poprawę mojego nastroju. - uśmiechnęłam się słabo, co dziewczyna przyjęła z takim entuzjazmem, że zaczęła mnie ściskać na środku korytarza.
- Mam nadzieję, że teraz będzie już tylko lepiej. - wyszeptała po czym jak gdyby nigdy nic wmaszerowała do WS.
Nie pozostało mi nic innego, jak podążyć za przyjaciółką.


***


Kiedy nałożyłam sobie na talerz podwójną porcję potrawki ziemniaczanej i dwie duże piersi z kurczaka zauważyłam, że większość Ślizgonów przygląda mi sie z uśmiechem.
- Fajnie, że wracasz do żywych Clarisse. - zaśmiał się Malfoy.
- Ja po prostu jestem głodna. - warknęłam, na co ten uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Zaczynaliśmy się już martwić, że na zawsze zostaniesz takim smutasem. - powiedział. - Nie mów nikomu, ale stęskniłem się za Tobą.
Posłałam mu zdziwione spojrzenie. Dobrze wiedziałam, że Lucjusz od dawna jest sługą Czarnego Pana i powinnam go raczej za to nienawidzić, ale wzruszyło mnie to, że ta banda kretynów tak się mną przejmuje. Uśmiechnęłam się do niego.
- Fuuuj! - zawołałam na tyle głośno, że większość uczniów obecnych na obiedzie odwróciła się w moją stronę. - Jeszcze raz powiesz coś takiego a zostaniesz Lucyną, Lucjuszu. - powiedziałam siląc się na groźny ton, ale trochę mi nie wyszło, bo razem z wyżej wymienionym parsknęliśmy śmiechem.
Miny uczniów i nauczycieli były po prostu bezcenne. Patrzyli na mnie z niedowierzaniem, jakby zapomnieli, że jestem psychicznie chora. Na tą myśl zaśmiałam się jeszcze głośniej.



JAK MNIE TU DAWNO NIE BYŁO! Normalnie szok. Czuję się głupio po tak dłuuuugiej nieobecności, ale no mówi się trudno. Na swoje usprawiedliwienie powiem, że przez 8 MIESIĘCY nie miałam dostępu do internetu. Przez ten czas nie napisałam ani jednego zdania dotyczącego opowiadania i kiedy miałam napisać rozdział.... to się załamałam. Nie potrafiłam... I właśnie dlatego napisałam ten "wstęp" do rozdziału, bo nie umiałam przedstawić jakoś długo tej sytuacji i to w Clarissowy sposób :D Więc rozdział będzie w niedzielę! 
Jeszcze raz przepraszam :*
Scarlett.


niedziela, 14 września 2014

Rozdział XVI. "W prawdziwej przyjaźni nie chodzi o to,aby być nierozłącznym,tylko o to,żeby rozłąka nic nie zmieniła".

*Oczami Isabelle*
Siedziałam w Pokoju Wspólnym,był wieczór.Jak mnie dzisiaj wszystko wkurzało!!! Nie miałam ochoty z nikim rozmawiać.Matt już wyjechał,Syriusz go przeprosił...chociaż tyle.Dziewczyny gdzieś się rozproszyły...siedziałam na fotelu przy kominku.Black siedział na kanapie w drugim końcu pokoju otoczony wianuszkiem dziewcząt,nie wiem czy podobały mu się ich zaloty czy nie,ja po prostu miałam wszystkiego dość.To już 2 tygodnie odkąd się rozstaliśmy.Próbowałam się uczyć ale słabo mi to wychodziło,nie wiem czemu miałam taki podły nastrój.Może to zerwanie?Voldemort?szkoła? Wszystko na raz! Miałam ochote coś rozwalić,albo się popłakać.Sama już nie wiem.
-Bum!-ktoś podszedł mnie od tyłu.
-Potter,nie jesteś zabawny.Daj mi spokój.-powiedziałam nawet nie patrząc na chłopaka.
Obszedł fotel dookoła i kucnął przede mną.
-Wszystko w porządku?
-Nie.
-Chodzi o Łape?
-Nie. Ja ... nie wiem.-wyszeptałam.-Mam dość.To wszystko jest taki skomplikowane.Nie wiem dlaczego mówie o tym z tobą.Odejdź stąd.
-Isabelle daj spokój...
-Serio nie mam nastroju,zostaw mnie samą.
-Chodź ze mną.-złapał mnie za ręke.
-Niby gdzie?-powiedziałam zrezygnowana, wstając z fotela.
-Zobaczysz.Chcę ci poprawić humor.-uśmiechnął się.
-Jeśli to kolejny głupi plan,żeby zeswatać mnie z Blackiem to już nigdy się do ciebie nie odezwe.
-Oj tego to ja bym nie wytrzymał!
Zaśmiałam się. Wow...pierwszy raz dzisiaj się uśmiechnełam.Nie wierzę.


*Oczami Syriusza*
Kiedy zobaczyłem,że Isabelle wychodzi z Rogaczem,myślałem,że spłone z zazdrości.Okay...to mój przyjaciel,ufam mu,ale ja tak bardzo chcę,żeby Izz mi wybaczyła...zerwałem się z kanapy i pobieglem do dormitorium po mapę huncwotów.
*Oczami Isabelle*
-James gdzie ty mnie prowadzisz?-zapytałam już w nieco lepszym humorze.
-Zobaczysz-uśmiechnął się.
-To chyba niezbyt "legalne",już późno,nie powinniśmy sami chodzić po Hogwarcie.-szepnełam.
-Komu jak komu,ale tobie to chyba nie przeszkadza?Zawsze lubiłaś ryzykować.
-Tak...kiedyś rzeczywiście tak było.-uśmiechnęłam się smutno.
-Zmieniłaś się,Izz.
-Ty też.
-Ja?-zaśmiał się.-Ja dalej jestem tym dzieciakiem,który robi sobie żarty z innych.
-Dojrzałeś. Kiedy byliśmy razem byłeś inny niż jesteś przed wszystkimi,oni nie wiedzieli w tobie "tego czegoś" a teraz...już nie jesteś tylko Huncwotem.-uśmiechnełam się.
-Uznam to za komplement.-odwzajemnił uśmiech.

Po chwili weszliśmy do jakiegoś tunelu.Chyba skądś znałam to miejsce.
Było ciemno.
-James?-zapytałam troche spanikowana.
-Tutaj jestem.-poczułam jak bierze mnie za ręke.-Trzymaj się mnie.
Wypowiedział "Lumos" i zrobiło się jaśniej.
Przez jakiś czas szliśmy w tunelu i rozmawialiśmy o różnych sprawach,czułam się troche lepiej.
Nagle przed sobą ujrzałam jezioro znajdujące się przy szkole...ale jak my się tam znaleźliśmy?Nie wiedziałam,że z Hogwartu są jakieś inne wyjścia.Stałam i patrzyłam się oniemiała,nocą było tutaj naprawdę pięknie...Księżyc oświetlał dziedziniec,nad jeziorem krążyły świetliki.Wspaniały widok.
-Wow...-tylko tyle mogłam powiedzieć.
James uśmiechnął się tylko i pociągnął mnie w stronę wielkiego dębu.
-Poznajesz?
Rozejrzałam się zdezorientowana.I po chwili rzeczywiście zaczęło mi się przypominać.
-Tutaj pierwszy raz mnie pocałowałeś.
-No właśnie...kiedyś byliśmy ze sobą bardzo blisko,a teraz kiedy ty i Syriusz...Ja poprostu chcę,żebyś wiedziała,że mimo wszystko dalej jestem twoim przyjacielem.I nie ważne,czy ty i Łapa jesteście razem czy nie,ja zawsze będe przy Tobie.On jest dla mnie jak brat,ale ty Isabelle byłaś moją pierwszą prawdziwą miłością...o takich rzeczach się nie zapomina.I mimo,że oddaliliśmy się od siebie przez te wszystkie lata to wiedz,że zawsze możesz na mnie liczyć.
Miałam łzy w oczach...jeju. Nie wiele myśląc,przytuliłam się do Pottera.

-Dziękuje.-wyszeptałam.

_________________________________________
Taaadaaaaam! Wreszcie zdobyłam się,żeby napisać ten rozdział.Już zapomniałam jak wiele radości mi to sprawia :) Przepraszam za tak długa nieobecność,już powróciłyśmy i teraz będziemy dodawać na bieżąco.I jak wam się podoba rozdział? Komentujcie! :* Może to być chociażby zwykła kropka z anonima,ale dajcie nam jakiś znak,że czytacie.Będziemy pisać chociażby dla jednej osoby,ale jak nikt nie komentuje to my odnosimy wrażenie jakby nikt tego nie czytał..to przykre.W każdym razie niebawem kolejny rozdział.
*Co do Pottera i Izzy- Oni byli kiedyś razem,pamiętacie? :) Ja nie próbuje zrobić tak,żeby do siebie wrócili...poprostu chcę podkreślić to,że oni się przyjaźnią i wspierają mimo wszystko :)
Buziaki,Nika.

sobota, 13 września 2014

Zapowiedź rozdziału!

Hej kochani! :* Chciałabym was bardzo przeprosić za naszą długa nieobecność.Scarlett nie ma komputera a ja...no cóż,troche mi się życie pokomplikowało. Jednak wracamy! Nowego rozdziału możecie spodziewać się już w tym tygodniu,także zapraszam do odwiedzania naszego bloga,sprawdzania czy nie ma przypadkiem nowej notki i do KOMENTOWANIA :)

Love u guys,
Nika.

czwartek, 15 maja 2014

Rozdział XV "Może Ojciec ma rację..."



*Oczyma Kate*
Kiedy wzeszło słońce, już wiedziałam, że ten dzień będzie zaliczony do jednego z najgorszych. Po pierwsze dlatego, że była sobota 7 rano. Po drugie, bo dziewczyny z dormitorium rozmawiały o swoich problemach sercowych. A po trzecie… po trzecie dlatego, że musiałam iść z Izzy i tym całym Mattem do Hogsmeade. Jak ja nie cierpię takich dni!
- Hej Kate! Już wstałaś? – na moje łóżko rzuciła się Lily z promiennym uśmiechem na twarzy.
- Nie. – warknęłam mocniej nakrywając się kołdrą.
 - Przecież widzę, że nie śpisz. – roześmiała się Ruda. Zignorowałam ją.
- Daj jej spokój Lily. – mruknęła Isabelle. – Znowu ma muchy w nosie.
- A żebyś wiedziała. – syknęłam. – Całą hodowlę!
            Rozzłoszczona do granic możliwości wyplątałam się z kołdry, i klnąc pod nosem, jak szewc, zatrzasnęłam, z głośnym hukiem, drzwi od łazienki. W pośpiechu ogarnęłam jasne siano na głowie, przemyłam twarz i wcisnęłam na siebie pierwsze, lepsze ciuchy. Kiedy wyszłam z toalety dziewczyny siedziały na moim łóżku patrząc na mnie ponaglająco.
„Oho, czyli mam przesrane” – pomyślałam.
 - Kate, usiądź. – powiedziała oficjalnym tonem Sarah.
 - Czyli jakaś grubsza sprawa. – burknęłam, ale posłusznie zajęłam miejsce naprzeciwko nich. – O co chodzi?
 - Zauważyłyśmy, że ostatnio bardzo się od nas oddaliłaś. – zaczęła Evans.
 - No co Ty? – udałam zaskoczoną. – Dobry refleks.
- Postanowiłyśmy to wszystko naprawić. – ciągnęła Ruda ignorując moją uwagę.
- Będziemy teraz rozmawiały o swoich problemach? Nie dzięki od tego mam mojego chomika. – prychnęłam.
- W pewnym sensie masz rację. W życiu Izzy, Sarah i moim dużo się teraz dzieje, chciałybyśmy abyś posłuchała o tym i może wpadłabyś na pomysł co zrobić w zaistniałej sytuacji.
 - No ja się chyba przesłyszałam! Naprawdę, z całym szacunkiem, nie chce mi się tego teraz słuchać, serio. Mam ciekawsze rzeczy do roboty.
 - Na przykład?
- Na przykład właśnie miałam… dobra wygrałaś. – syknęłam. – Porozmawiajmy.
No i rozmawiałyśmy. Szczerze to nie zdziwiło mnie, że Isabelle i Syriusz znowu zerwali. Za Ich plecami wszyscy zakładali się o to, ile ten związek wytrzyma. Po wysłuchaniu całej historii czekało mnie jeszcze długie po południe. Czyli wyprawa do wioski z Isabelle i Mattem, co oznacza całe po południe paplaniny o tych Ich sercowych sprawach!
Łaziliśmy po sklepach, byliśmy w trzech miotłach, spacerowaliśmy… A! I Isabelle obcięła włosy. Do połowy pleców i zrobiła sobie bordowo-czerwone pasemko. Jak szaleć to na całość… Nie wyglądała źle, nawet całkiem nieźle, ale mnie bardziej interesowała witryna sklepu ze zwierzętami. Byłam tak pochłonięta wystawą, że nie zauważyłam kiedy natknęli się na nas huncwoci. Zwróciłam uwagę na Ich obecności dopiero, kiedy Smith tupnęła nogą z frustracji.
 - Ale, że o co chodzi? – wymamrotałam nie dość inteligentnie. Wszyscy spojrzeli na mnie. - A rozumiem. – mruknęłam. – Teraz jest ten moment, kiedy się kłócicie a potem wpadacie sobie w ramiona?
- Nie bądź sarkastyczna Kate. – upomniała mnie dziewczyna. Wzruszyłam ramionami i w milczeniu obserwowałam całą tą sytuację. - Czego ode mnie chcesz Black? – warknęła.
- Black? – powtórzył chłopak. – Czyli od teraz tak się do mnie zwracasz?
 - A zasłużyłeś, żebym zwracała się inaczej?
- Szczerze, to nawet nie wiem co takiego zrobiłem. Wysypałem jedzenie na głowę Twojego przyjaciela, okej. Przepraszam Matt, jeżeli o to chodzi. Ale Ty zdemolowałaś mój pokój. Uwierz, nie wygodnie się śpi na kawałkach banana.
- Zasłużyłeś sobie.
- Do cholery jasnej, Smith! – wrzasnął chłopak. – Nie możemy o tym zapomnieć?
 - Twoje argumenty mnie nie przekonują.
Chłopak pokręcił głową z irytacją.
- Clarisse też tam była. Jestem pewna, że ona również jest na was wściekła. – odezwała się ponownie Isabelle.
- A od kiedy to wy się przyjaźnicie? – spytał zaskoczony Syriusz. – To teraz ona cieszy się u ciebie większymi względami niż ja?
- Wczoraj pokazałeś, że nie zasługujesz na moją uwagę i wcale Ci na niej nie zależy!
- Okej, skoro jesteś święcie przekonana, że moje zachowanie jest karygodne to możemy zapytać Twoją nową przyjaciółkę, co ona myśli o tej całej sprawie.
Jak na zawołanie w obrębie naszego wzroku pojawiła się sylwetka dziewczyny. Wydawało mi się, że tylko ja ją zauważyłam, ale zaraz moje obawy, rozwiał Potter drąc się, jak opętany.
- Clarisse! – kiedy ta nie zareagowała, powtórzył. – Clark, natychmiast tu podejdź!
Dziewczyna spojrzała w naszą stronę a wszystkim, łącznie ze mną, odebrało mowę.

*Oczyma Clarisse*

            - Czego?! – krzyknęłam w stronę grupki Gryfonów zebranych pod sklepem zoologicznym, naprawdę nie miałam ochoty z nimi rozmawiać.
            - Cla-clarisse… co Ci się stało? – zapytał Potter podbiegając do mnie i dotykając rany na moim policzku.
            - Nic. – warknęłam odsuwając się od niego i strząsając jego rękę.
            - Przecież widzimy… - mruknęła Izzy, kiedy razem z resztą podeszła do mnie i Pottera.
            „Super, czy oni nie mają swojego życia, że muszą tak się mieszać w moje?” – pomyślałam.
            - Tak wiem, włosy mam trochę nie ułożone, ale bez przesady… - mruknęłam. – A teraz pozwólcie łaskawie, że sobie pójdę.
            - Ale…
            - Żadnych „ale” Potter. – warknęłam. – Zostaw mnie w spokoju, jasne? – wycedziłam przez zaciśnięte zęby i zanim którekolwiek z nich zdążyło zareagować odeszłam w tylko sobie, no dobra nawet mi, nieznanym kierunku.
            Tak naprawdę to wcale nie miałam ochoty Ich zostawić, głupio się przyznać, ale nawet Ich wszystkich polubiłam, nawet Pottera. Po prostu wczorajszego wieczoru sprawy się trochę pokomplikowały a ja po prostu nie mam ochoty narażać moich bliskich…
Wracałam właśnie do swojego dormitorium. Byłam wściekła na Jamesa i Syriusza. Ale przede wszystkim Jamesa… Jak on mógł się tak zachować?! Co za niewychowany cham. Obrażanie go, choćby w myślach, poprawiło mi humor. Kiedy weszłam do pokoju czekała na mnie niespodzianka. Oczywiście rozpoznałam go od razu, nawet w przebraniu Śmierciożercy, był łatwy do zidentyfikowania. Przeżyłam niemały szok… No bo to chyba nie jest normalne, że jakiś kolo w masce wbija się nastolatce do pokoju i siada na jej łóżku a jeszcze lepiej, bo tym gościem jest jej ojciec.
 - Czego chcesz? – warknęłam modląc się w duchy, żeby mi głos nie zadrżał.
- To już nie wolno mi odwiedzić własnej córki?
- Zwykła paczka z cukierkami raz na miesiąc w zupełności mi wystarcza. – burknęłam.
 - Nic się nie zmieniłaś. – zaśmiał się ściągając maskę. Jego twarz szpeciła okropna blizna wiodąca od prawego oka do dolnej wargi.
- Nie przyjechał byś do mnie, gdybyś nie miał jakiejś ważnej sprawy… Mama wie, że służysz Voldemortowi?
- Twoja matka to teraz Twoje najmniejsze zmartwienie. Razem z dziadkami są bezpieczni, chyba, że zaczniesz sprawiać kłopoty, wtedy sytuacja może się zmienić. – warknął w charakterystyczny sposób marszcząc brwi, aż się cofnęłam uświadamiając sobie, że ja również tak robię, kiedy jestem zdenerwowana. - A odpowiadając na Twoje pierwsze pytanie – tak, służę Czarnemu Panu, tak jak każdy szanujący się, wywodzący się z dobrej rodziny, czarodziej powinien. Posłuchaj Clarisse… w szeregach Voldemorta krążą plotki, że moja rodzona córka odmówiła Czarnemu Pana wstąpienia do jego armii, czy to prawda?
Przełknęłam ślinę.
- Tak. Nie będę służyła temu mordercy.
- Zachowujesz się zupełnie, jak matka. Wydaje Ci się, że możesz zmienić świat… Opowiadała Ci kiedyś może, że zaraz po Twoim urodzeniu próbowała uciec ode mnie i zostawić Cię samą ze mną?. – zapytał patrząc mi prosto w oczy.
- Kłamiesz. – syknęłam. – Ona by mnie nie zostawiłaby mnie, nie z Tobą!
 Zaśmiał się, po czym szybko przyjął na twarz groźne oblicze.
– Posłuchaj mnie dziewczyno. Przez 16 lat znosiłem Twoje towarzystwo w moim domu. Przez 16 lat wychowywałem Cię na prawdziwego Ślizgona. A Ty teraz masz czelność odwracać się przeciwko mnie?! Do reszty zdurniałaś!
 Powstrzymałam łzy.
- Przepraszam, że zawiodłam Twoje oczekiwania, ale ja nie mam zamiaru dołączyć do tego całego Lorda.
- Nie chcę tego słuchać. Będziesz mu służyła, czy ci się to podoba, czy nie! I nie chcę słyszeć żadnych dyskusji Nawet nie wiesz, jaki byłby to zaszczyt dla naszej rodziny. Lord Voldemort osobiście złożył wizytę mojej córce! Moja mała Clarisse miałaby zostać prawą ręką Voldemorta. Bylibyśmy ustawieni do końca życia a Ty rządziłabyś światem u jego boku.
- Mówisz tak, jakby On miał zamiar mnie poślubić. – powiedziałam, zastanawiając się nad znaczeniem jego słów.
- Tylko Czarnemu Panu są znane jego plany. – oznajmił, ale patrzył na mnie, jak na przepustkę do wygodnego życia. -  Teraz już muszę wracać, nie myśl, że jesteś jedyną rzeczą na liście moich dzisiejszych prac do wykonania. Ale obiecuję Ci słonko, że znowu Cię odwiedzę razem z Twoim strojem śmierciożercy. – zrobił pauzę, jakby się nad czymś zastanawiał. – A to masz na pamiątkę, abyś nie zapomniała o mojej wizycie i pamiętała, że od Twojej decyzji zależą dalsze losy tej szmaty zwanej Twoją matką i jej zdurniałych rodziców.
          Ojciec wycelował we mnie różdżką, z której wyleciał w moją stronę żółty strumień światła. Mój własny ojciec potraktował mnie Cruciatusem.
Ostatnią rzeczą jaką zapamiętałam, zanim straciłam przytomność, był kolejny strumień światła pędzący w moją stronę.
Spacerując i wspominając wczorajsze wydarzenia zdałam sobie sprawę, że zawędrowałam w dotąd nie znane mi okolice miasteczka. Wszystko naokoło wyglądało tak… mugolsko.
„No świetnie. Jeszcze brakowało, żebym się zgubiła.” – pomyślałam.
Zawróciłam i zaczęłam po prostu iść przed siebie z nadzieją, że w jakiś magiczny sposób znajdę się z powrotem w Hogsmeade. Minęła mnie jakaś grupka przedszkolaków, jeden z nich pokazał na mnie palcem i powiedział do swojego kolegi – „Ta dziewczynka jest zielono-fioletowa na twarzy!” Rzuciłam bachorowi mordercze spojrzenie nr 7, co sprawiło, że dzieciak krzyknął cicho, po czym pobiegł na skargę do wychowawczyni.
„Może ojciec ma rację.” – pomyślałam. – „Może ten świat trzeba by było oczyścić z mugoli…NIE!” – powiedziałam sobie stanowczo, kiedy minęłam witrynę jakiegoś sklepu i zobaczyłam swoje odbicie.
Fioletowy siniak pod okiem, jeden na nosie, spuchnięty policzek i fioletowo-zielone czoło
„To ze śmierciożerców trzeba oczyścić ten świat” – powiedział sobie w myślach starając przekonać samą siebie o słuszności tych słów.
Zaraz po tym zrobiłam najgorszą rzecz, jaką mogłam zrobić – pomyślałam o mamie. Wspomnienia o niej wypełniły moją głowę w błyskawicznym tempie.
Już wiedziałam co zrobić.



Dam, dam, dam! Po długiej, dłuższej niż bym chciała, przerwie powracam w dość ponurym rozdziale, jak na moje... No, ale mówi się trudno, następny rozdział już się nawet produkuje i to właśnie w nim pojawi się dużo ważnych informacji... Ten rozdział nazwałabym takim prologiem do tego, co zamierzam zrobić :D No, ale nie przedłużając zapraszam bardzo, bardzo serdecznie do komentowania.
Buziole,
Scarlett  

wtorek, 18 lutego 2014

XIV "Na swoją obronę powiem, że do twarzy Ci w dżemie truskawkowym."



*Oczami Isabelle*
            Siedzieliśmy z Syriuszem w Pokoju Wspólnym. Oprócz nas było dość mało osób, niewielka grupka dziewcząt w całkiem innym kącie pokoju i kilku 2-klasistów grających w szachy.
-Jak to możliwe...-wciąż nie mogłam uwierzyć w to co zobaczyłam.- Clarisse i Potter!?
Syriusz zaśmiał się.
-Co cię tak śmieszy?-zapytałam.
-Nic.-zaśmiał się znowu.
-Więc przestań się śmiać-dźgnęłam go w żebra.
-Nie mogę...-znów wybuchnął śmiechem na co i ja się zaśmiałam.
Nagle drzwi do Pokoju Wspólnego otworzyły się i wszedł jakiś 1-klasista,podszedł do mnie i do Blacka niepewnie.
-Isabelle, dyrektor cię wzywa. -powiedział.
-Już idę -uśmiechnęłam się do niego i wstałam z kanapy.
-O co chodzi?- zapytał Łapa, kiedy chłopiec sobie poszedł.
-Pewnie coś z Zakonem. - odpowiedziałam. - Zaraz wracam. -pocałowałam go delikatnie w usta i już chciałam wyjść, gdy przyciągnął mnie do siebie i pocałował namiętnie. Nogi miałam jak z waty. Usiadłam mu na kolanach i owinęłam ręce wokół jego szyi.-Pospiesz się-wymruczał mi do ust, na co odpowiedziałam mu głębokim pocałunkiem.
-Dobrze.-uśmiechnęłam się i wyszłam.
***
Zapukałam do drzwi gabinetu dyrektora.
-Wejdź Isabelle-usłyszałam głos staruszka.
Otworzyłam pewnie drzwi i po chwili znalazłam się w środku.
-O co chodzi, profee...- urwałam, bo zobaczyłam kogoś jeszcze.
 Był to wysoki chłopak, o czarnych włosach i ciemnych oczach, bardzo przystojny. Matt!
-Matty! -krzyknęłam uradowana. Kątem oka zobaczyłam, że Dumbledore uśmiecha się delikatnie. Wiedział jak blisko z Mattem jesteśmy.
-Cześć -uśmiechnął się szeroko, a ja do niego podbiegłam i przytuliłam się z całych sił. Tak bardzo za nim tęskniłam.
-Stęskniłem się za tobą -pogładził mnie po plecach.    
Poczułam, że po moim policzku spływa łza. Byłam taka szczęśliwa! 
- Ja za tobą też. Nawet nie wiesz jak bardzo-wyszeptałam.
-          Mam nadzieję, że płaczesz ze szczęścia-zaśmiał się.
-Oczywiście, że tak. Nawet nie wiesz jak bardzo mi ciebie brakowało. -odpowiedziałam dalej tuląc się do niego .
Nie chciałam go puszczać, bałam się, że znowu gdzieś odejdzie.
- Dalej masz kolczyka-uśmiechnęłam się szeroko i popatrzyłam na jego ucho, w którym był mały, czarny kolczyk. Zrobiliśmy razem, on kolczyka w uchu, ja mojego też. Matt miał tylko jednego w jednym uchu. Ja miałam jednego w lewym i 4 w prawym.
Odsłonił delikatnie moje włosy.
-Ty też masz-uśmiechnął się i pogładził mnie po twarzy.
Zaśmiałam się cicho. Jak ja go kocham! Oczywiście jak przyjaciela. Ba! Jak brata.
-Wyglądasz groźnie-uśmiechnęłam się. Wow! Ja się przy nim cały czas uśmiecham!
-Jestem groźny-puścił mi oczko, a na mojej twarzy znowu zagościł szeroki uśmiech.
-Ekhem-usłyszeliśmy nagle.
-Ojej! Profesorze, zapomniałam, że profesor tutaj jest.-zarumieniłam się.
Matt objął mnie w talii.
-My już pójdziemy. - powiedział grzecznie.
-Oczywiście, myślę że skończyliśmy. - rzekł uprzejmie profesor i uśmiechnął się do nas. Pożegnaliśmy się z nim i ruszyliśmy do Pokoju Wspólnego Gryffindoru.


*Oczyma Blacka*      

Od kilku minut siedziałem samotnie w Pokoju Wspólnym. Leniwym wzrokiem przyglądałem się zajęciom pozostałych Gryfonów. Część odrabiała lekcję, co za porywająca czynność, część siedziała w małych grupkach i rozmawiała przyciszonym głosem, jakby dzielił Ich jakiś wielki sekret i nikt nie mógł się o tym dowiedzieć. Ziewnąłem, po czym przeciągnąłem się niedbale. Nienawidziłem, kiedy mi się nudziło. Była to ta jedna z rzeczy, która doprowadzała mnie do szału. Jeśli kiedyś zostałbym porwany i poddawany torturą, to na pewno jedną z nich byłoby siedzenie w jednym miejscu przez dłuższy czas. Załamałbym się wtedy psychicznie. Użalałbym się nad sobą dłużej, gdyby nie pewna drobna osóbka, która postanowiła mi przerwać.
O mało nie dostałem zawału, kiedy Lily Evans usiadła na fotelu obok mnie. Na początku spojrzała na mnie nieufnie, odgarnęła swoje rude włosy i w końcu się odezwała.
- Słuchaj Black, wiesz gdzie jest Izzy?
- Dumbledore ją po coś wezwał, a co? – zagadnąłem. – Jest Ci do czegoś niezwłocznie potrzebna? Pali się wam dormitorium? Sarah chce popełnić samobójstwo, lub co gorsza… o zgrozo! Zgubiłaś pracę domową?!
- Ha ha, ale zabawne. – burknęła Ruda, ale na jej twarzy pojawił się delikatny rumieniec.
Uśmiechnąłem się z satysfakcją.
- Chciałam z nią po prostu o czymś pogadać. – mruknęła speszona. – Och! – wykrzyknęła nagle dziewczyna, czym zwróciła na siebie uwagę całego Pokoju Wspólnego.
- Co się stało? – spytałem nie bardzo rozumiejąc, jej dziwne wahania nastroju.
- Wiem, po co Izzy poszła do dyrektora. – odparła i widząc moją minę dodała. – Pewnie Matt przyjechał! Tak się cieszę, dawno go nie widziałam! Izzy też pewnie się stęskniła. Nie odzywał się przez dłuższy czas, tak się o niego martwiła.
- Okej, starczy tego, kim do cholery jest ten Matt?! - wykrzyknąłem.
            Evans posłała mi karcące spojrzenie.
- Nie gorączkuj się tak, bo nie mam zamiaru holować Cię do Skrzydła Szpitalnego. Jestem pewna, że nie jesteś lekki jak piórko. – skarciła mnie. - Matt to bardzo, bardzo, ale to bardzo dobry przyjaciel Izzy. Nie musisz być o niego… zazdrosny. Właśnie! Nie bądź zazdrosny!
            - Jestem zazdrosny? – spytałem niedowierzając.
            - Tak, jesteś zazdrosny, to już chyba trzeci raz, kiedy to mówię.
            - Ha, ha. – wymamrotałem.
            - A zmieniając temat. Wiesz może, gdzie jest Remus?
            - Powinien być w bibliotece, a co? Zakochana? – spytałem, poruszając przy tym dwuznacznie brwiami. – Nasza Liluś zakochana w naszym Remusku? Uhuhu, szykuje się gorący romans między dwojgiem prefektów… Już sobie wyobrażam te potajemne spotkania w bibliotece, podczas których…
            Właśnie w tym momencie oberwałem poduszką.
            - Możesz się zamknąć?!  - warknęła na mnie Evans, której twarz pokrywały dwie szkarłatne plamy. – Chciałam się go tylko spytać o pracę z zaklęć.
            - Pracę z zaklęć? A więc tak to się teraz nazywa. – zarechotałem.
            - Jesteś niemożliwy. – skwitowała Evans, po czym znów zdzieliła mnie po głowie poduszką, przy okazji psując mi moją idealną fryzurę.
            - Hej, uważaj! – krzyknąłem. – Nawet nie wiesz, ile ją układałem. – udałem rozgniewanego.
            - Oj, przepraszam najmocniej za zepsucie, tak idealnej fryzury, która dodaje Ci tyle uroku. Oh, ja głupia. Co mam zrobić żebyś mi wybaczył, zniszczenie tego dzieła sztuki? – spytała chwytając się teatralnie za serce. – A tak między nami wyglądasz jakbyś miał szczotkę do podług na głowie.
            - Widzę Evans, że Ci się wyostrzył humorek. – zauważyłem. – Jestem z ciebie taki dumny.
            - Uczyłam się od mistrza.
            - Oj, przestań, bo się zarumienię. – mruknąłem rozbawiony.
            - Nie miałam na myśli ciebie… - zaśmiała się głośno dziewczyna. – Chodziło mi raczej o Clarisse… nawet jak na Ślizgonkę ta dziewczyna ma cięty język.
            - Ale potrafi też być miła. – zauważyłem. – Czasami.
            - Masz rację. Oddała szkole wielką przysługę zamieniając się w tańczącą, oblepiona zieloną mazią, małpkę. Dawno się tak nie ubawiłam.
            - Będziecie mi to do końca życia wypominali? – spytałem zażenowany.
            - A co Ty sobie myślałeś? Oczywiście, że tak.
            Chciałem jej coś odpowiedzieć coś co zamknęło by jej tą nazbyt uśmiechniętą buźkę, ale w tej chwili wydarzyło się coś, co skutecznie odwróciło moją uwagę. Zamurowało mnie, kiedy do Pokoju Wspólnego wmaszerowała Izzy pod rękę z jakimś facetem. Poczułem, jak ogarnia mnie wściekłość. Ja się pytam, co to ma znaczyć?! Zanim jednak zdążyłem zareagować, czyli przyłożyć temu gachowi w twarz, Lily rozpromieniła się i podbiegła do chłopaka przytulając go z całych sił. Mowę mi odjęło, a to nie zdarza się zbyt często. Kiedy Evans pozwoliła wreszcie chłopakowi zaczerpnąć powietrza cała trójka usadowiła się koło mnie. Spojrzałem na Ich twarze pytająco.
            - Syriuszu, poznaj Matta. – odezwała się Izzy ciągle szczerząc się z niewiadomych przyczyn.
            - Jeej. – powiedziałem w miarę cicho, ale i tak obie dziewczyny posłały mi karcące spojrzenia.
            - Mi też miło Cię poznać. – odparł chłopak.
             Właśnie w tym momencie uświadomiłem sobie, że go nie polubię. Zapanowała dość niezręczna cisza.
           - Więc…. – zaczęła Lily chcąc przerwać milczenie i nie doprowadzić do mojego wybuchy (chwała jej za to!) – Matt, dlaczego tak długo się nie odzywałeś?
            Chłopak zdał sobie sprawę, że mówi do niego po paru sekundach.
            - Miałem dużo do roboty. – wyjaśnił i zaczął opowiadać, co interesowało mnie tak bardzo, że po prostu przestałem go słuchać.
            Siedziałem cicho wpatrując się w tańczące płomienie ognia w kominku, kiedy zdałem sobie sprawę, że wszyscy troje się na mnie.
            - Hm? – mruknąłem.
            - Powiedziałam, że zakolegowaliśmy się ze Ślizgonką a Matt spytał się ciebie, co myślisz o mieszkańcach innych domów. – wyjaśniła mi Izzy wrogo na mnie patrząc.
            - Do Krukonów i Puchonów nic nie mam. Ślizgonów za to nie znoszę, najchętniej pozamykałbym Ich w większej klatce dla chomika i patrzył, jak biegając w kółku, albo zasypują się w trocinach. – odparłem obojętnie.
            - To dlaczego zaprzyjaźniłeś się z tą dziewczyną?
            - Bo uratowała Izzy? – odpowiedziałem pytaniem na pytanie. – Poza tym okazała się nie być aż taka zła… Jest najbardziej wredną osobą jaką znam, potrafi wywinąć się od każdego szlabanu, dużo „huncwoci” i idzie z nią normalnie pogadać. Oczywiście jeżeli przez rozmowę rozumiesz to, że ona po chwili rzuca się na ciebie z pięściami i wyzywa od najgorszych.
            - To musi być interesująca osoba. – zaśmiał się ten cały Matt. – Izzy zaprowadziłabyś mnie do biblioteki, muszę koniecznie znaleźć jedną książkę.
            - Och, Matt, czy Ty zawsze musisz czytać? Jesteś pod tym względem niemożliwy. – odparła dziewczyna, ale wstała.
            Miałem ochotę krzyknąć, żeby nie szła nigdzie z tym facetem, nie ufałem mu, ale oni już upuścili Pokój Wspólny. Nie miałem jednak zamiaru siedzieć tak nie wiedząc co się dzieje z moją dziewczyną. Zerwałem się z miejsca i pobiegłem do swojego dormitorium. Potter powinien tam być, a to on ostatnio miał Mapę.


*Oczyma Clarisse*

            Siedziałam na parapecie niedaleko biblioteki zajadając się kanapkami z dżemem i czytając „W pierścieniu ognia” mugolskiej autorki. Znajdowałam się tu od kilku godzin i nie miałam najmniejszej ochoty wracać do dormitorium. Po pierwsze dlatego, że Cyzia szykowała się na randkę z Malfoyem i po całym pokoju były porozrzucane jej ciuchy i kosmetyki a sama Panna Black biegała po pomieszczeniu szykując się na cztery godziny przed wyjściem. Po drugie dlatego, że Margaret ciągle męczyła mnie tematem Pottera. A po trzecie, i najważniejsze, chciałam w spokoju zjeść kanapki z dżemem.
            Byłam tak skoncentrowana na czytaniu, że nie zauważyłam jak koło mnie pojawiła się Izzy z jakimś chłopakiem.
            - Cześć Clarisse. – odezwała się Smith, czym omal nie przyprawiła mnie o zawał serca.
           Dziewczyna tak mnie przestraszyła, że w ogólnym szoku i otumanieniu rzuciłam w jej towarzysza kanapką z dżemem. Trafił centralnie w czoło. Pieczywo zjechało po mu po twarzy zostawiając za sobą ślady dżemu truskawkowego na czole, nosie, policzkach i brodzie.
            - Ups. – wymamrotałam niezbyt speszona.
            Smith posłała mi karcące spojrzenie.
            - Na swoją obronę powiem, że do twarzy Ci w dżemie truskawkowym. – dodałam.
            Chłopak oblizał się zgarniając część „amunicji”.
            - Wybaczę Ci tylko dlatego, że to całkiem dobre. – zaśmiał się a ja mu zawtórowałam.
Tylko Izzy się nie uśmiechnęła.
            - Tak właściwie, to co tu robisz, Clarisse? – spytała podejrzliwie.
            - Bez obaw, tym razem nie łamię prawa. – zaśmiałam się. – Po prostu musiałam gdzieś w spokoju poczytać a w bibliotece jest za duszno i smętnie.
            - Dlatego siedzisz tu i atakujesz ludzi swoim prowiantem. – dokończył za mnie chłopak.
            - A żebyś wiedział. Przygotuj się na to, że mój adwokat przyjdzie do ciebie i zażąda zapłaty za zmarnowany dżem. – ostrzegłam go próbując być poważną, niestety jak zwykle mi to nie wyszło, bo po chwili oboje zaśmiewaliśmy się na całego.
            - Tak przy okazji jestem Matt. – przedstawił się chłopak.
            - Clarisse.
            - A więc Clarisse, często atakujesz ludzi dziwnymi przedmiotami, albo żywnością?
            - Zwykle stosuje kociołki z eliksirem przypominającym zielonego gluta, albo po prostu stosuje pięści. – wyjaśniła Izzy tym razem się uśmiechając.
            - Nie mów, że Potter Ci się poskarżył. Wielki mi rzeczy, to tylko złamany nos.
            - O! A więc to o Tobie słyszałem dzisiaj tyle… dobrych rzeczy.
            - Bardzo prawdopodobne. – przyznałam. – Powiedz mi Matt, skąd Ty się tu właściwie wziąłeś? – nie moja wina, że zabrzmiało to jak pytanie: „Z jakiej jesteś planety?” po prostu tak jakoś wyszło.
            - Dumbledore zaprosił mnie tutaj, bo… - zająknął się.
            - Spokojnie Clarisse też jest w Zakonie. – wyjaśniła mu Smith.
            - A rzeczywiście, zupełnie o tym zapomniałam. – przyznałam. – Skoro ma to coś wspólnego z Zakonem to nie chcę tego słuchać na korytarzu. Szpiedzy białego Czarnego Pana są nawet w Hogwarcie. – odparłam. – Hej, macie ochotę odwiedzić kuchnię? Strasznie zgłodniałam.
            - Przecież przed chwilą jadłaś. – zauważyła Smith.
            - Tak, tak, ale to było wieki temu.
            - Poza tym nie wiadomo gdzie jest kuchnia. Żaden z uczniów tam nie chodzi. – dodała a Matt jej przytaknął.
            Spojrzałam na nich, jak na ufoludków.
            - Zaktualizujcie dane. – parsknęłam i ruszyłam w stronę pomieszczenia pełnego Skrzatów Domowych.

* Oczyma Pottera *
           
           
            Ślęczeliśmy nad Mapą Huncwotów od kilkunastu minut i żadnemu z nas nie przyszło do głowy, żeby przestać. Wpatrywaliśmy się, jak zahipnotyzowani w trzy małe kropki znajdujące się niedaleko biblioteki.
            - Co oni tak długo gadają? – warknąłem zniecierpliwiony.
            - Nie wiem, ale mam nadzieję, że chociaż Clarisse nie polubi tego gościa i zamieni go w tańczącą kurę. – odparł Black nie spuszczając wzroku z kawałka pergaminu. – Gdzieś idą!
            Oczywiście, że zachowywaliśmy się jak banda zazdrosnych kretynów, ale nie było innego wyjścia. Nawet nie rozmawiając z tym Mattem jakoś mu nie ufałem. No bo niby skąd się on tak nagle wziął w Hogwarcie? Nigdy wcześniej o nim nie słyszałem a on pojawia się z nikąd. Trochę to podejrzane.
            - Hej! – krzyknąłem zaskoczony. – Skąd ta lokata dziewczyna wie, gdzie jest kuchnia?!
-  Wydaje się, że ona wie więcej o tym zamku niż nam się tylko wydaje.
- Nie podoba mi się ten cały Matt. – syknął patrząc, jak tych troje zostaje oblężonych przez skrzaty domowe.
- Co proponujesz? – zapytał Syriusz.
- Mam  pewien pomysł. – oznajmiłem uśmiechając się przebiegle. – Widziałeś gdzieś moją pelerynę?

* Oczyma Clarisse *

Siedzieliśmy na podłodze zajadając się kanapkami i popijając je gorącą czekoladą. Gawędziliśmy o… w sumie o niczym szczególnym, taka tam gadka szmatka. Co jakiś czas podbiegały do nas Skrzaty proponując jedzenie. Grzecznie im odmawialiśmy, to znaczy oni im odmawiali mi kazali milczeć, bo kiedy tylko się odzywałam Skrzaty zaczynały drżeć, kłaniać mi się i same siebie okaleczać. To chyba przez moje Ślizgońskie pochodzenie, tak tylko podejrzewam. Właśnie miałam zaczynać kolejną porcję kanapek z dżemem, kiedy wydarzyło się coś odrobinę niepokojącego. A mianowicie nad głową Matta pojawił się kufel soku pomarańczowego (poznałam po zapachu, a tak na marginesie od niego też jestem uzależniona) a z drugiej strony miska z budyniem. Wszystko wyglądało jakby było trzymane przez niewidzialną rękę. Po chwili cała zawartość kufla i misy wylądowała na twarzy i ubraniach Matta. Izzy pisnęła przerażona a ja rzuciłam łyżeczką w niewidzialne coś. Jakże się zdziwiłam gdy łyżka odbiła się od powietrza a ono mruknęło, jakieś dziwne znajome: „Auć”.
- POTTER?! – wrzasnęłyśmy jednocześnie z Izzy.
- O-o. – mruknął ktoś drugi.
- BLACK?! – wydarłyśmy się po raz drugi, a na dźwięk mojego głosu Skrzaty zaczęły potykać się o własne nogi.
- Co wy tu na gacie Merlina robicie?! – ciągle byłam zła, ale ze względu na Skrzaty zmniejszyłam natężenie głosu.
Nie doczekałam się odpowiedzi. Zamiast tego usłyszałam dźwięk zamykanych drzwi i czyjeś szybko oddalające się kroki. Spojrzałam zdruzgotana na Matta. Mimo całej sytuacji nie udało mi się pohamować cichego parsknięcia.
- Ha, ha. – burknął Matt. – Przez te dwa laty zapomniałem, że w Hogwarcie zawsze trzeba uważać, czy w pobliżu nie ma wariatów z kawałkami jedzenia.
- Tak to już jest. Jesteśmy jedną, wielką rodziną, obrzucającą się żarełkiem.  
- Witamy w domu. – dodała sucho Izzy, po czym spojrzałyśmy na siebie porozumiewawczo. – Chodź, zabierzemy Cię do Wieży Gryfonów i jakoś się ogarniesz…
- … My za ten czas zajmiemy się tymi urwisami.
- Na pierwszy rzut oka widać, że są zazdrośni… Mniejsza, że nawet Ich teraz nie widziałem. – powiedział cicho chłopak.
Zaprowadziłyśmy Matta do Pokoju Wspólnego. Izzy zaprowadziła go do swojego pokoju, bo tylko tam mógł skorzystać z łazienki. Blacka ani Pottera nigdzie nie było widać, pewnie zaszyli się u siebie w dormitorium. Trudno i tak Ich dorwiemy. Kiedy Matt brał prysznic, ja z Smith rozsiadłyśmy się na jej łóżku.
- Jacy z nich kretyni! – krzyknęła Izzy. – Nie obchodzi mnie, że byli zazdrośni! Na takie zachowanie nie ma wytłumaczenia.
- Ale o co oni mieli być zazdrośni?! Rozumiem Blacka, jesteście parą a Ty nagle BUM, pojawiasz się z jakimś facetem… chociaż to i tak kiepskie wytłumaczenie. Ale Potter?! Przecież my nawet nie jesteśmy razem! – fuknęłam.
- Jeszcze. – zaśmiała się cicho Izzy. – To co proponujesz? Chcesz się zemścisz?
- Oczywiście! Tylko ja mam prawo obrzucać ludzi jedzeniem. Chyba już nawet wiem co zrobimy. – uśmiechnęłam się przebiegle.
- Nienawidzę, kiedy tak robisz. – odezwała się dziewczyna.
- Co robię?
- Uśmiechasz się w taki sposób, jakbyś właśnie obmyślała wszystkie możliwe tortury zadawane pewnej osobie i jeszcze sprawiało Ci to radość.
- Ten typ tak ma.
- No to co robimy?
Miałyśmy tyle szczęścia, że udało się nam przekabacić Lily na swoją stronę i dzięki niej nie miałyśmy tyle kłopotu z pozbyciem się chłopaków z Ich dormitorium. Kiedy Lily oddaliła się od z częścią huncwotów ja z Izzy wkroczyłam do akcji. Wtargnęłyśmy na teren chłopaków i zatykając nosy z powodu smrodu panującego w pomieszczeniu zabrałyśmy się za zmianę wystroju.
Plan może nie był Idealny, ale jak na spontaniczne działanie, to byłam z niego dumna. Rozgniotłyśmy wiśnie, pomarańcze, banany i truskawki i porozrzucaliśmy je na pościeli. Część schowałyśmy do materaca, aby sami je zgnietli, gdy będą się kłaść. Do kufrów i szafek pochowałyśmy okruszki ciasteczek. Na dywanie w około łóżek rozsypałyśmy czekoladowe płatki, aby wbijały im się w stopy, gdy będą chodzili. Na dodatek przyczepiłyśmy nad Ich posłaniami plakaty w rodzaju: „Odżywiaj się zdrowo”, „Warzywa i Owoce jem codziennie”, lub „Chcesz być piękny, jak modelka, to nie tykaj nigdy żelka” i pod napisem zdjęcie żelek powieszonych na sznurku. Nie pytajcie skąd wzięłam te plakaty, ani skąd czerpałam inspirację do tej dietetycznej zemsty. Izzy uważało, że nie powinnyśmy marnować tyle jedzenia, po części się z nią zgadzałam, żal mi było tych wszystkich ciasteczek i bananów. Zaśmiałam się cicho uświadamiając sobie, że praktycznie wszystkie dzisiejsze, dziwne wydarzenia kręciły się wokół jedzenia. Najpierw moje zabójcze kanapki z dżemem, potem dziwna akcja z Blackiem i Potterem i teraz to.
Nagle usłyszałyśmy głos Lily i chłopaków, gdzieś niedaleko dormitorium. Najwidoczniej Evans nie dała rady dłużej trzymać Ich z dala od dormitorium… I tak jestem jej wdzięczna. Spojrzałyśmy na siebie z Izzy i w pośpiechu rzuciłyśmy zaklęcie, które sprawiało, że tego całego bałaganu nie dało się posprzątać za pomocą magii. Biedni huncwoci będą musieli użyć własnych rąk, mokrych ściereczek i dużo, dużo swojej cierpliwości. Wiedząc, że nie zdążymy wyjść z dormitorium nie zauważone bez słowa schowałyśmy się pod łóżko. Obie pod jedno.
Kiedy do pokoju weszli huncwoci, pech chciał, że dostałam czkawki.
- Co się stało z naszym, że tak sobie pozwolę użyć metafory, pokojem? – spytał Potter.
- Chik! – odpowiedziałam spod łóżka zatykając buzię obiema rękami i powstrzymując się od śmiechu.
„Niezłe wyczucie czasu, Pani Czkawko” – pomyślałam.
- Ciekawe, dlaczego mam wrażenie, że nie jesteśmy tu sami. – stwierdził Black.
- Chik!
- Jestem pewny, że to po prostu dobrzy ludzi, którzy zaoferowali się do posprzątania tego bałaganu. – podpowiedział mu Potter.
- Chik!
- Ale dlaczego ktoś sprawił nam taką przykrość i zrobił taki okropny bałagan? – spytał Black.
- Może dlatego, że się wam należało. Chik! – krzyknęłam wychodząc spod łóżka i stając naprzeciwko chłopaków ze skrzyżowanymi rękami i morderczym spojrzeniem. – Co wy sobie wyobrażaliście?! Chik! W ogóle dlaczego to zrobiliście? Chik! To miał być wasz kolejny, udany żarcik? Chik! To nie było zabawne, tylko chore i pokazało, jak bardzo niedorozwinięci jesteście! Chik! Zamknij się czkawko! – wydarłam się na nich – Chik! Brak mi dla was słów! Chik! Zachowujecie się, jak dzieci, którym zabrano ulubioną zabawkę. Chik! Jak, jak… JAK WILK PRÓBUJĄCY ZŁAPAĆ ZAJĄCA W KRESKÓWCE I STOSUJE WSZYSTKIE MOŻLIWE GŁUPIE POMYSŁY. Z TYM, ŻE WY NIE MACIE ZAJĄCA I PROSTU… PO PROSTU, JAK WILK! Chik!
- Starczy Clarisse, do nich i tak nic nie dociera. – odezwała się Izzy, która całą moją inspirującą przemowę wpatrywała się w Blacka.
Kiedy zaczęli się kłócić (co ostatnio robią za często) Potter stanął obok mnie i oboje patrzeliśmy, to na Blacka, to na Izzy, jak na mecz ping-ponga.
-Cholera Black! Czy ty jesteś mądry?! -wykrzyczała.
-On mi się nie podoba, nie chce żebyś się z nim zadawała! -wrzasnął równie głośno.
-Ale ja nie jestem twoją pieprzoną własnością! Nie mów mi co mam robić!
-A jak ty się zachowałaś?! Patrz jak wygląda moje dormitorium!
-No właśnie Isabelko, nie ładnie. Zdemolowałyście mi pokój.-wtrącił się Potter.
 -Przymknij się Potter i leć po popcorn. Chik! -moja czkawka dała o sobie znać a ja uporczywie próbowałam jakoś ją przyciszyć.
-Zamknijcie się oboje - Black warknął na nas chłodno. - Isabelle, przepraszam. Wiem, że zachowałem się jak skończony kretyn, ale zależy mi na tobie.
-Za późno.-chciała wyjść, ale złapał ją za rękę.
-Kotku, proszę. –wyjąkał.
 Popatrzyła na niego chłodno.
 -Nie miałeś prawa tak traktować mojego przyjaciela, zachowałeś się jak ostatni idiota. Myślałam, że jesteś inny ale chyba się pomyliłam.
-Izz...ale ja cię kocham. - popatrzył jej w oczy.
-To już bez znaczenia. Nie chodzi tylko o to, że go upokorzyłeś. Ty nawet nie próbowałeś go poznać.
   -Przepraszam.  
-Nie odzywaj się do mnie. Nie chce cię znać. To koniec, rozumiesz? Koniec. -powiedziała to bez emocji.
-Chik!
Popatrzyli na mnie oboje. Black ze złością, a Izz z politowaniem. Isabelle wyszła a Syriusz stał oniemiały na środku pokoju i gapił się w drzwi, które przed chwilą zamknęły się z hukiem.
 -Cholera jasna! - krzyknął i wywalił stolik nocny, po czym usiadł na łóżku i schował twarz w dłoniach.
- Nie chcę nic mówić, ale Ci się należało. Chik! – odezwałam się po chwili.
- I Ty przeciwko mnie? – spytał nie podnosząc na mnie wzroku.
- Jedyną osobą, która jest przeciwko Tobie, jesteś Ty sam. – mruknęłam. - Naprawdę was nie rozumiem… I wiecie co? Raczej nie chcę zrozumieć… Ale wiedz jedno Black, że jeżeli zobaczę, bądź usłyszę, jak próbujesz NA SIŁĘ porozmawiać z Isabelle, to będziesz miał ze mną do czynienia. I radzę Ci to zapamiętać. A tylko spróbujcie znów tknąć Matta, to naprawdę dobry człowiek. A teraz wybaczcie, ale opuszczę to stowarzyszenie użalających się nad sobą kretynów. Chik!




Ta daaam! Nowy rozdział napisany po części przeze mnie, po części przez Nikę :) Obie dużo się nad nim napracowałyśmy (ja szczególnie zajadając się kanapkami z dżemorem) i byłybyśmy wdzięczne, gdyby każdy czytelnik zostawił po sobie ślad w postaci komentarza. Jeżeli nie chce się wam pisać, to wystarczy choćby kropka, żebyśmy wiedziały, że nie piszemy tego tylko dla siebie. 
Następny rozdział pojawi się, mamy nadzieję, niedługo :) Jeżeli ktoś chce być informowany o rozdziałach niech pisze :) 
Pozdrawiam i pamiętajcie, że "Jeśli chcesz być piękna jak modelka, to nie tykaj nigdy żelka" :p Oczywiście żarcik, żelki trzeba jeść :D 
Dużo kanapek z dżemem,
Scarlett i ubolewająca nad moją inteligencją, Nika :) 
P.S - Dziękujemy -  http://starwarsmyhistory.blogspot.com/ - za śliczny nagłówek :3

niedziela, 2 lutego 2014

Rozdział XIII

* Oczyma Clarisse *
Następnego ranka, po urodzinowym przyjęciu niespodziance Blacka, obudziłam się wcześnie, za wcześnie. Nieprzytomna i ledwo żywa podreptałam do łazienki. Jeżeli mam być szczera to chwilowo pamiętałam tylko strzępki minionego wieczoru. Ale nie przez to, że za dużo wypiłam, prawdę mówiąc nie wypiłam prawie nic, ale dlatego, że była to po prostu zbyt wczesna dla mnie pora. Stanęłam przy umywalce i odkręciłam zimną wodę. Kiedy przemywałam twarz powoli przypominałam sobie, cały, wczorajszy wieczór. No prawie cały, bo to najdziwniejsze zdarzenie przypomniałam sobie na końcu. Aż wrzasnęłam, kiedy uświadomiłam sobie, co ja wczoraj zrobiłam! Przecież to było aż niedorzeczne, niemożliwe, nienormalne i nieodpowiednie. Przyznam się, że takiej głupoty jeszcze w życiu nie zrobiłam. Moje krzyki musiały obudzić moje współlokatorki, bo już po chwili obie waliły pięściami w drzwi łazienki.
- Co Ty tam wyprawiasz? – wypytywała Cyzia dobijając się do drzwi. – Wszystko w porządku?
- Tak, tak, wszystko OK. – wymamrotałam niewyraźnie. – Po prostu zobaczyłam swoje odbicie w lustrze, to wszystko.
Dziewczyny nie wydawały się przekonane, ale odpuściły, za co byłam im bardzo wdzięczna. Nie mogłam jeszcze z nimi o tym porozmawiać… A to, dlatego, że ja sama wciąż nie mogłam uwierzyć w to, co zrobiłam… Teraz na pewno zostanę wydziedziczona. Wpatrując się w swoje poranne odbicie uświadomiłam sobie, jak bardzo zaniedbałam moje przyjaciółki. Ostatnio cały mój wolny czas poświęcałam na odgrywanie się, pomaganie i jeszcze raz odgrywanie się na Gryfonach. To nie było wobec nich w porządku. Myślę, że byłam im winna wyjaśnienia. Z takim nastawieniem w pośpiechu ubrałam się w przypadkowe ciuchy, umyłam zęby i jako tako rozczesałam włosy. Wychodząc z toalety zobaczyłam moje współlokatorki siedzące na moim łóżku ze skrzyżowanymi rękami, zaciętymi minami i wpatrujące się prosto we mnie z miną: „Tym razem się nie wywiniesz”. Westchnęłam.
Czeka nas długa rozmowa” – pomyślałam i usiadłam naprzeciwko dziewczyn.
Po godzinnej rozmowie dziewczyny wiedziały już wszystko o tym, co działo się u mnie przez praktycznie cały nasz tegoroczny czas spędzony w Hogwarcie. Nie pominęłam żadnego szczegóły. Opowiedziałam im o mojej zemście na Blacku, o moim planie z Potterem żeby pogodzić Blacka z Smith, o imprezie niespodziance dla Łapy i nie pominęłam nawet mojego pocałunku z Potterem. W końcu, jak szczera rozmowa, to szczera rozmowa.
- Całowałaś się z Potterem?! – spytała się po raz setny Cyzia.
- Taa… - mruknęłam zawstydzona chowając głowę w ręce. – Teraz już możecie mnie zjeść, skończyłam.
Ku mojemu zdziwieniu Margaret i Cyzia wcale nie miały ochoty mnie za to wszystko zlinczować. Wręcz przeciwnie patrzyły się na mnie w zdumieniu.
- Clarisse…? – zaczęła niepewnie Margaret. – Czy Ty…? No wiesz, czy Ty go kochasz?
Spojrzałam na nią osłupiała.
- Czyś Ty zdurniała?! Blee…! – powiedziałam przyglądając się Margaret.
Dziewczyny popatrzały na siebie, po czym zwróciły się do mnie.
- Czyli tak! – parsknęły śmiechem jednocześnie.
- Nie! – Próbowałam je przekrzyczeć, ale niestety na policzki wystąpiły mi niechciane rumieńce. – Właśnie, że nie. – dodałam ciszej, po czym nałożyłam poduszkę na głowę, żeby nie słyszeć tego, co moje przyjaciółki zaczęły wygadywać.
Niestety one chyba nie zrozumiały mojego przekazu, bo zaczęły odprawiać na środku pokoju coś w rodzaju indiańskiego tańca szczęścia, śpiewając: „Clarisse kocha Pottera”. Wcale, a wcale nie poprawiły mi tym humoru. Zdenerwowana cisnęłam w nie jedną, potem drugą poduszką, aż wreszcie rozpętałam prawdziwą wojnę.
To chyba jest prawdziwa przyjaźń.” – Pomyślałam odrzucając poduszkę, którą oberwałam prosto w wyszczerzone zęby.
***


Przez poranną rozmowę spóźniłyśmy się na śniadanie, co oznaczało, że kiedy weszłyśmy do Wielkiej Sali wszyscy na nas spojrzeli. A musiałyśmy wyglądać przekomicznie w resztkach pierza na włosach i ubraniach. Ignorując rzucane nam ciekawskie spojrzenia ruszyłyśmy na swoje miejsca. Przez całą drogę do stoły Slytherinu starałam się nie zwracać uwagi na natarczywe spojrzenie czyichś brązowych oczu. Rozsiadłam się wygodnie i od razu nałożyłam sobie tyle naleśników, że starczyłoby na wykarmienie stada wilków, które od kilku dni nie miały nic w ustach. Ponad połowa Ślizgonów spojrzała z niedowierzaniem na mój talerz. Posłałam im wesoły uśmiech, co zdziwiło ich jeszcze bardziej… Pewnie, dlatego, że przez większość czasu się na nich wydzieram… Mówi się trudno. Już miałam zabierać się za jedzenie, kiedy wyczułam na sobie czyjeś spojrzenie. Podniosłam wzrok i napotkałam rozbawione spojrzenie Pottera. Chłopak spojrzał na mój talerz, po czym na mnie i uniósł pytająco brew. Ja jedynie wzruszyłam ramionami. Potter pokręcił głową z politowaniem i szturchnął Blacka, który był zajęty rozmawianiem z Izzy. Po krótkiej wymianie zdań obaj spojrzeli na moje śniadanie. Na twarzy Blacka malowało się niedowierzanie. Strasznie mnie to zirytowało, przecież to nie moja wina, że byłam głodna, co nie? Wytrącona z równowagi do granic możliwości wstałam ze swojego miejsca, zapominając o niezaczętym posiłku. Odruchowo wszystkie spojrzenia skierowały się na mnie (jakby uczniowie wiedzieli, że zaraz znowu wydarzy się coś ciekawego). Niektórzy szeptali do siebie coś w rodzaju: „Ciekawe, co tym razem wykombinuje”. Ale ja jak gdyby nigdy nic z zaciętą miną ruszyłam do wyjścia z Sali. Już miałam zamykać drzwi, kiedy usłyszałam zawiedzione pomruki. Odwróciłam się w stronę uczniów z chęcią mordu wypisaną na twarzy. Szybko się jednak opanowałam i powiedziałam najsłodszym tonem, na jaki było mnie w tamtej chwili stać:
- Proszę wybaczyć, ale Panna Clarisse Clark jest chwilowo niedostępna i w najbliższym czasie nie będzie mogła pełnić funkcji błazna królewskiego. Za utrudnienia przepraszamy i prosimy o wyrozumiałość. – Oznajmiłam, po czym opuściłam Wielką Salę nie zważając na salwę śmiechu, którą wywołałam zupełnie przypadkowo.
***
Siedziałam na błoniach już przeszło pół godziny i wciąż nie mogłam uwierzyć, że tak łatwo dałam się wyprowadzić z równowagi. Muszę nad tym popracować, szczególnie, że jestem teraz członkiem Zakonu Feniksa i nie mogę sobie pozwolić, żeby przez moją nadpobudliwość i moje niezrównoważone działania coś mogło pójść nie tak. Westchnęłam, po czym ruszyłam w stronę zamku. Idąc mijałam tłumy uczniów spieszących na błonia, aby nacieszyć się ostatnimi promieniami słońca. W tym tłumie dostrzegłam sylwetki czwórki uczniów w krawatach Gryffindoru.
Huncwoci” - Pomyślałam spanikowana.
Co, jak co, ale chwilowo nie miałam ochoty na spotkanie z Potterem. Podejrzewam, że nigdy nie będę miała ochoty na spotkanie z nim, szczególnie po tym, co się wczoraj stało. A unikanie go, było najlepszym pomysłem, jaki przyszedł mi do głowy. Szybko, więc zaczęłam się przepychać między uczniami, „delikatnie” torując sobie drogę łokciami. Miałam nadzieję, że żaden z Huncwotów mnie nie zauważył, oczywiście nie miałam takiego szczęścia. Już po chwili ktoś złapał mnie za ramię, co spowodowało, że potknęłam się o własne nogi i pewnie wylądowałabym, na ziemi, gdyby ten ktoś w porę mnie nie złapał.
- Coś często ostatnio lądujesz w moich ramionach. – Wyszeptał mi do ucha James Potter.
Przez chwilę stałam sparaliżowana, ale uprzytomniły mnie dziwne spojrzenia rzucane mi przez uczniów Hogwartu. Widząc to odepchnęłam Pottera od siebie. Ten nie wyglądał na zdziwionego, jakby spodziewał się takiej reakcji z mojej strony.
- Możemy porozmawiać? – Zapytał mnie nawet nie siląc się na uprzejmości.
Jego głos był poważny i stanowczy, a ja miałam dziwne wrażenie, że nie pyta się mnie o zgodę na tę rozmowę.
- Jasne… - mruknęłam spuszczając wzrok.
I właśnie w tym momencie mój, genialny plan o unikaniu Pottera legł w gruzach.
***


Od dziesięciu minut siedzieliśmy w dormitorium Huncwotów w absolutnej ciszy. Ja usadowiłam się na posłaniu Remusa, podejrzewam, że Remusa, bo był to najczystszy kawałek pokoju, a Potter siedział na swoim łóżku wpatrując się tępo w jakiś punkt nad moim ramieniem. Po kolejnych minutach ciszy, już mnie mogłam wytrzymać tego dziwnego napięcia.
Odchrząknęłam.
- To…, o czym chciałeś porozmawiać? – Spytałam mało inteligentnie, co sprawiło, że na krótką chwilę na twarzy Pottera pojawił się cień uśmiechu. – To było dziwne pytanie. – Mruknęłam, jakby sama do siebie.
- Chciałem porozmawiać o… nas… To znaczy, o wczoraj. – Odparł ciągle na mnie nie patrząc.
Ja natomiast wpatrywałam się na niego w zdumieniu. „O nas” – to zabrzmiało… dziwnie w ustach Pottera.
- O. – Tylko tyle byłam w stanie wykrztusić, ale szybko się zreflektowałam. – Mówisz o czymś konkretnym? – Spytałam, znów mało inteligentnie, wbijając wzrok w moje trampki.
- Mówisz tak, jakbyś nie wiedziała, o co mi chodzi. – Odparł.
Zarumieniłam się. Po pierwsze, dlatego, że miał rację, po drugie, dlatego, że nie mogłam myśleć o tym, co się wczoraj zdarzyło, a po trzecie, dlatego, że przytłaczało mnie to całe napięcie.
- Przejdź do sedna. – Mruknęłam, ciągle interesując się swoim obuwiem.
- Jakaś ty konkretna. – Parsknął odrywając wzrok od tego czegoś, w co się wpatrywał i przenosząc go na mnie.
Ja zarumieniłam się jeszcze bardziej, ale spojrzałam na niego zniecierpliwiona.
- No, więc…? – Ponagliłam go.
- Chodzi mi o wczorajszy pocałunek. – Wypalił. – Chciałem wiedzieć, czy to coś dla ciebie znaczyło.
- A powinno? – Odpowiedziałam zawstydzona, ale dzielnie wytrzymałam jego spojrzenie.
Potter ciągle siedział sztywno.
- To ja pierwszy zadałem pytanie.
Super” – pomyślałam. I co ja mu niby miałam odpowiedzieć?! Przecież sama nie znałam odpowiedzi.
A może znam odpowiedź?” – Zapytałam sama siebie. Ale to nie zmieniało faktu, że nie wiedziałam, co mu odpowiedzieć. Przecież nie rzucę się na niego krzycząc, że coś to dla mnie znaczyło. Nie mogę też zaprzeczyć, bo gdzieś w głębi serca czułam, że nie byłoby to do końca zgodne z prawdą. Byłam w potrzasku. Kiedy spojrzenie Pottera stawało się coraz bardziej naglące, odpowiedziałam:
- Nie wiem. – Po czym, spuściłam wzrok. – A dla ciebie?
Teraz to on się zarumienił. Zastanawiał się przez chwilę, wyglądał jakby bił się sam ze sobą. Po kilku sekundach wstał i usadowił się na łóżku Remusa, tuż koło mnie. Chwycił mój podbródek i spojrzał mi głęboko w oczy. Czułam się rozpołowiona. Jedna część mnie chciała jak najszybciej stąd uciec, choćby przez okno, druga zaś chciała tu zostać i poczekać na rozwój sytuacji. Nie miałam jednak czasu na takie rozmyślania, bo Potter znów niebezpiecznie zbliżał swoją twarz do mojej i już po chwili znowu mnie pocałował. Nim zdążyłam otrząsnąć się z zaskoczenia, drzwi od dormitorium otworzyły się i stali w nich Syriusz z Izzy. Odskoczyłam od Pottera, jak poparzona. Automatycznie się zarumieniłam i opuściłam wzrok. Potter chyba nie był tak bardzo zmieszany, jak ja, bo patrzył się na przyjaciela z wściekłością. Black natomiast szczerzył się jak głupi, wyglądał jakby dostał wymarzony prezent na gwiazdkę. A Izzy patrzyła w osłupieniu to na mnie, to na Pottera, jakby nie potrafiła zrozumieć, że to, co zobaczyła było prawdą. Miałam ochotę walnąć Pottera prosto w łeb i krzyknąć, że ja wcale nie wyrażałam zgody, żeby mnie pocałował. Powstrzymałam się jednak, czując, że wcale nie byłam na niego z tego powodu zła. Oczywiście, nigdy się do tego publicznie nie przyznam, a jeżeli wy to komuś wygadacie to zacznijcie się zastanawiać, co chcielibyście, aby się znalazło na waszych nagrobkach.
- Ups… - wymamrotał Black, ciągle się do nas szczerząc, a ja walczyłam z pokusą, by nie zmyć mu tego głupiego uśmiechu z twarzy. Potter chyba myślał podobnie, bo ciągle wpatrywał się z wściekłością w Blacka.
Izzy dała mu kuksańca w żebra.
- To my… już pójdziemy. – Odparła i prawie wypchnęła Blacka za drzwi, na wyjście uśmiechnęła się do nas przepraszająco.
Kiedy drzwi się za nimi zamknęła miałam dziwne uczucie, że jutro wszyscy w Hogwarcie będą mieli nowy temat do plotek. Kiedy o tym pomyślałam zmieszałam się jeszcze bardziej, o ile to w ogóle było możliwe.
Potter spojrzał na mnie z tajemniczym błyskiem w oku.
- Mam się bać? – Spytałam odzyskując swoją pewność siebie, ale patrząc na niego z niepokojem.
- Mnie? Skądże. – Zaprotestował, a ja się zaśmiałam.
Po chwili jednak Potter spoważniał, tak mnie to zdziwiło, że aż cała się w sobie spięłam.
- I co teraz będzie? – Spytał przyglądając się swoim dłoniom.
- Co masz na myśli? – Odparłam, tym razem się nie zawstydzając, to nie w moim stylu.
Potter widząc moją pewność siebie, wyprostował się i spojrzał na mnie z huncwockim uśmiechem.
- Umówisz się ze mną, Clarisse? – Zapytał prosto z mostu.
Zdziwiłam się, ale nie dałam tego po sobie poznać.
- Musisz się bardziej postarać. – uśmiechnęłam się przebiegle i wyszłam z dormitorium huncwotów.
____________________________________________________________________

Scarlett przeprasza za opóźnienia, ale nie ma dostępu do internetu ;c. Kazała przekazać, że od następnego rozdziału znowu wróci do "wkurzającej Clarisse". Prosi was o komentarze i życzy miłego dnia . Kazała też dodać, że pisała rozdział przy piosence z Kurczaka Małego... co nie ma najmniejszego sensu. Czytałeś = skomentuj (nawet anonim może)